Co poniektórzy wiedzą, że życie zmusiło mnie do bycia wygodnicką - posadziło mnie kuperkiem na wózku, więc się wożę czasem lepiej, czasem gorzej.
Mam życie we własnych rękach, to ja nim żądzę. Sama dokonuję wyborów, czasem właściwych, czasem nie, ale to moje życie i moje wybory.
Niepełnosprawność
- mimo postępów nadal jest w naszym społeczeństwie tematem tabu. Niepełnosprawny samodzielnie robiący zakupy, poruszający się
komunikacją, pracujący a nawet udający się do przychodni jest w oczach
ludzi często jeszcze jak muzealny eksponat.
Przemierzając miasto często czuje się na sobie ciekawski lub wręcz
zdumiony wzrok przechodniów, słyszy się słowa mam lub babć idących z
dzieckiem za rękę: "Popatrz jaka biedna pani" albo "Jak będziesz niegrzeczny to też tak skończysz". Ludzie obawiają się niepełnosprawnych, patrzą na nich przez pryzmat wózka, kul (żeby nie było nie wszyscy)... To
wygląda trochę tak, jakby bali się "zarazić nieszczęściem" .
Mnie to szczerze mówiąc nie robi i staram się nie narzekać, choć "przygody" miewam różne.
***
Do pracy jeżdżę tramwajem. Na właściwy przystanek mam kawał drogi (ok kilometr), wysiadając do samej pracy też zasuwam jeden przystanek coby schody ominąć. Cała droga zajmuje mi ok. godzinę mimo, że w tramwaju siedzę tylko nieco ponad 15 min.
Pomijam już fakty, że tramwaj oznaczony jako niskopodłogowy, nie zawsze ma rampę (tylko np nie ma schodów) a bez rampy elektrykiem nie wsiądę. Pomijam już fakty, że często motorniczy (mimo że to ich obowiązek) nie zamierzają wysiąść mi tej rampy rozłożyć lub/i "zapominają" mi ją otworzyć na właściwym przystanku mimo że sygnalizuję chęć wyjścia specjalnym przyciskiem i dzięki czemu zamiast dygać jeden przystanek mam przed sobą 3 i to też tylko jeśli windy na wiadukcie działają.
Pasażerowie to już zupełnie inny gatunek i wiele by tu o fajnych i niefajnych sytuacjach opowiadać, ale chciałam konkretnie.
Jeżdżę elektrykiem więc wózek jest dość wysoki. Rano jak zwykle pakuję się do środka, staję gdzie trzeba, wyciągam książkę i sobie jadę. Na którymś tam przystanku wsiada facet 40+, ścisku nie ma, ale staje nade mną i łapie się wózka i gdyby tylko chciał tylko złapać równowagę to ostatecznie ok, ale mija przystanek a ten nic, więc odwracam się do niego i grzecznie zwracam uwagę. Przeprasza i przenosi rękę z wózka na barierkę... Na jeden przystanek.... więc odwracam się znowu i już trochę wkurzona (wózek traktuję jako coś prywatnego/intymnego i nie znoszę macania) zwracam uwagę znowu co skutkuje znów na jeden przystanek. Za trzecim razem już nic nie powiedziałam, tylko złapałam za pasek od torby którą gościu miał na ramieniu. Zapowietrzył się, zrobił purpurowy, zaczął coś burczeć a ja razem ze sporą częścią widzących sytuację pasażerów - pękałam ze śmiechu.